Norah Jones – Little Broken Hearts

Norah Jones - Little Broken HeartsNic tak nie inspiruje jak rozpieprzony związek” – takimi słowami opisał fragment własnej twórczości Olaf Deriglasoff podczas jednego z łódzkich koncertów w 2011 roku. Podobny cytatem skomentowała swój najnowszy album – Little Broken Hearts – Norah Jones w wywiadzie dla Rolling Stone: „wszyscy wokół powtarzali mi, że najlepsze piosenki powstają wtedy, gdy przechodzi się w życiu trudny okres… okazało się, że to prawda”. Rozpoczynająca ten album, kompozycja „Good Morning” nie pozostawia wątpliwości w jakim nastroju utrzymana jest cała warstwa liryczna tego krążka – „Good Morning / Why did you do it? / I couldn’t Steep / I knew you were gone / Our loving is all I was after / But you couldn’t give it / So I’m moving on

Cierpkie słowa zanurzone zostały w oszczędnych, subtelnych kompozycjach, co nadaje całości mocno lirycznego i osobistego wyrazu. Czy muzycznie nastąpiła tak zapowiadana przez artystkę zmiana stylistyki? Nie zaryzykowałbym, aż takiego stwierdzenia – z pewnością jest to próba poszukiwań nowej drogi, która wyniknęła zapewne z podyktowanej emocjami chęci buntu. Jazzowych nut jest tutaj jak na lekarstwo i uważam to za plus, bo piąty z rzędu album niewiele odbiegający od Come Away With Me byłby zwyczajnie nudny. Fundament albumu opiera się na brzmieniu perkusji i basu. Te dwa instrumenty nadają ton całości, w dalszej kolejności nastrój budują dźwięki fortepianu i gitara. Wszystkie kompozycje na albumie to dzieło wokalistki i Briana Burtona (znanego bardziej jako Danger Mouse), oboje wykonali także niemal wszystkie partie instrumentalne. Od chwili gdy Norah Jones świetnie wypadła jako gość na albumie Burtona – Rome, współpraca nad pełnowymiarową płytą była tylko kwestią czasu. Producencki kunszt Mouse’a pozwolił połączyć wielokrotnie bardzo proste partie instrumentów i stworzyć z nich piękną spójną całość w klimacie retro. Z jednej strony prostota i lekko odbarwione dźwięki przenoszą myśli gdzieś w przeszłość, a jednocześnie wokalom pozostawiono tak dużo miejsca, że Norah wspięła się na absolutne wyżyny, a Jej głos jest tak plastyczny i różnorodny, że momentami słychać tu echa twórczości Alison Goldfrapp. Wystarczy wsłuchać się w „She’s 22” albo utwór tytułowy aby poczuć klimat dobrze znany z Felt Muntain.

Russ Mayer - Mudhoney posterZastanawiając się głębiej nad genezą tego krążka i jego oprawą ponownie możemy doszukać się pewnego połączenia pomiędzy tym co nowe, a tym co minione. Szata graficzna digipacka, kolorystyka, specyficzna książeczka/plakat i wreszcie okładka – wszystko to przywołuje wspomnienia i powraca do klimatu znanego z połowy ubiegłego stulecia. Nowy wizerunek artystki to uosobienie dziewczyny z  plakatu reklamującego  film Mudhoney – Russa Mayera. Tajemnicą pozostanie, czy zapożyczenie jest tylko chwilową fascynacją plakatem wiszącym w studio Mouse’a w Los Angeles, czy może filmowa historia głównego bohatera przemierzającego Amerykę w poszukiwaniu swojego życiowego miejsca jest prawdziwą alegorią do emocji jakie towarzyszą obecnie N.J. proponuję pozostać sam na sam z Little Broken Hearts i poszukać odpowiedzi na to pytanie…

Warto Posłuchać ↓

(więcej…)

Ulver – The Norwegian National Opera

ulver live in concertPrzyznam, że nie wszystkie albumy studyjne eksperymentatorów z Oslo przypadły mi do gustu z jednakowym entuzjazmem i o wiele częściej w moim odtwarzaczu gości Blood Inside niż np. Nattens Madrigal. W ostatnich latach sięgam po Ulvera ze wzmożoną częstotliwością, a to za sprawą drogi, którą Panowie obrali na albumie Shadows of the Sun. Jakkolwiek by jednak nie oceniać studyjnego dorobku Norwegów, a jednocześnie mając na względzie ich skłonności do stylowej rewolucji można sprecyzować swoje oczekiwania odnośnie kolejnego pełnowymiarowego krążka. Czego jednak oczekiwać po albumie koncertowym w wersji wideo od zespołu z dwudziestoletnim stażem, który koncertuje zaledwie od lat trzech? Zadałem sobie to pytanie sięgając po piękny, lśniący digibook z bogato ilustrowaną książeczką i dwoma krążkami – BLU-RAY / DVD (oba nośniki zawierają dokładnie ten sam materiał – miły ukłon w stronę posiadaczy różnych czytników). Spodziewałem się z całą pewnością, że będzie to wydawnictwo zawierające niezwykle oryginalny koncert… Po zapoznaniu się z zawartością zwyczajnie zabrakło mi słów… Nawet najbardziej ekstrawaganckie synonimy słowa „oryginalny” będą jedynie wyblakłą próbą nakreślenia emocji jakie wywołuje sączący się z głośników dźwięk w połączeniu z wizualną oprawą tego widowiska.

Wierni słuchacze Ulvera, dokładnie znają koncertową historię grupy i wiedzą, że po nielicznych występach an żywo w pierwszym okresie kariery – czyli na początku lat dziewięćdziesiątych – zespół ponownie zaprezentował się przed publicznością dopiero 30 maja 2009 roku w Lillehammer. Powszechnie znana awersja do występów na żywo lidera grupy, oraz skomplikowany charakter samej muzyki przez wiele lat przyblokował poczynania koncertowe Norwegów. Trudno powiedzieć co zadecydowało o nagłej zmianie, jednak nie ma najmniejszych wątpliwości co do trafności takiej decyzji. Tradycyjny skład zespołu w wersji koncertowej uzupełniają: gitarzysta – Christian Fennesz, oraz perkusista – Tomas Pettersen, a także znany performer sceniczny Ian Johnstone (twórca m.in. szaty graficznej ostatniej studyjnej płyty Coil – The Ape of Naples).  Ten ostatni pojawia się w nietypowych okolicznościach, nijako w prologu i epilogu całego przedstawienia – ani razu nie dotykając stopą desek opery. Zainteresowanych odsyłam do zapoznania się z całością, obie sceny podobnie zresztą jak większość momentów na tym koncercie przyprawiają o pozytywne dreszcze…

ulverWybór Opery Narodowej na miejsce rejestracji koncertu okazał się bardzo trafny. Potężne i piękne wnętrze sali, jeszcze bardziej podkreśla podniosły charakter wszystkich siedemnastu zaprezentowanych tego wieczora kompozycji. Na scenie dominuje mrok, za którym skutecznie skrywają się muzycy niczym za grubą, masywną kotarą. Punktowe snopy światła w barwach czerwonych i niebieskich pojawiają się jedynie od czasu do czasu, zazwyczaj towarzysząc chwilą muzyki opartej na szybkim tempie. Jednak to co przykuwa uwagę i towarzyszy absolutnie wszystkim utworom zaprezentowanym na tym koncercie, to przepiękne i bezbłędnie dopasowane do linii melodycznej wizualizacje. Wystarczy wspomnieć pojawiające się na ekranie sceny z polowania lwów na zebry, uwypuklone wyśpiewanymi w skupieniu słowami Garma w utworze „Let The Children Go”, czy niepokojące wizje chwały i bezwzględności Trzeciej Rzeszy w kompozycji „Rock Massif”. Półtoragodzinny występ Ulvera to tak naprawdę jeden, spójny przekaz audiowizualny, który muzycy osiągnęli przede wszystkim dzięki solidnemu przekonstruowaniu i rozbudowaniu kompozycji studyjnych, a także subtelnemu połączeniu poszczególnych fragmentów muzyki pięknymi potokami brzmień dodatkowych. Momentami można stracić poczucie czasu i pogubić się w setliście.

Niewątpliwie eksperymentatorzy z północy solidnie przygotowali się do występu na żywo, nie można wystosować pod ich adresem choćby najmniejszego zarzutu. Każdy dźwięk brzmi idealnie, bez względu na to czy właśnie podziwiamy pełne ambientowych przestrzeni i delikatnych smaczków – „Eos” czy dajemy się ponieść mocnej perkusji w utworze „Oparator”. Podobnie jest z wokalem Kristoffera, przechodzi od różnych skal i tonacji, przez szept i krzyk do recytacji, a wszystko z niezwykła powagą i dbałością o szczegóły. Kontakt z publicznością to nie jest domena lidera norweskiej kapeli, ale jak widać opory przed koncertowaniem nie wzięły się z przypadku i taka to już jego natura. Nie stanowi to żadnego problemu, bo i oprawa koncertu nie wymusza tego typu zachowań. Gdybym na zakończenie miał określić o czym jest ta sztuka – bo chyba to słowo w pełniejszy sposób wyraża charakter tegoż wydarzenia. Powiedziałbym, że to oficjalne stanowisko muzyków w sprawach związanych z dylematami natury religijnej, politycznej i moralnej, a także, a może właśnie przede wszystkim to próba ukazania zwierzęcej natury człowieka i jego funkcji w biologicznie uwarunkowanym wszechświecie.

Warto Posłuchać ↓

 

(więcej…)

Synapsis – Materia (Chapter II)

Synapsis - MateriaOdwołując się do terminologii biologicznej i funkcji jaką spełniają synapsy w ludzkim organizmie, można zaryzykować stwierdzeniem, że duet przekazuje nam siedem solidnie przemyślanych impulsów oddziałujących na układ nerwowy niemal jak hipnoza. Dawid Chrapla i Andrzej Turziak postanowili połączyć muzyczne siły w roku 2009 i zaprezentować fabryczne struktury dźwięku pod trafnym szyldem Materia, a może bardziej obrazowym byłoby użycie określenia – „Opór Materii” (tytuł jednej z kompozycji). Wsłuchując się w starannie wyselekcjonowane, pracujące na wysokich obrotach tryby i przekładnie, czujemy bardzo wyraźnie obecność maszyn i całych linii produkcyjnych tuż obok. Industrialny przekaz jest niczym niezakłócony, niezaburzony jakimkolwiek wypadkiem przy pracy czy awarią. Mamy poczucie ciągłości procesu, jego monumentalność udziela się na każdej płaszczyźnie muzycznej percepcji. Fabryka pracuje trybem ciągłym, ale czy jej przyszłość jest bezpieczna? W moim subiektywnym odczuciu, materia starannie obrobiona przez obu artystów została ukształtowana ku niezbadanym, apokaliptycznym celom. W każdym z siedmiu utworów skryto niepokojący i chłodny klimat, kojarzący się z poczuciem zagrożenia i niepokoju o przyszłe dni.

Stabilność przekazu poparta jest środkami wyrazu osadzonymi na podobnych częstotliwościach i poziome. Panowie oszczędzają nasze uszy – jak już wspomniałem wyżej – bardziej hipnotyzują niż dokuczają niemiarowym zgrzytem. Słuchając Materii mamy wrażenie przechadzania się po hali produkcyjnej wypełnionej różnorodnymi maszynami, jednak zachowujemy bezpieczny dystans, nie zbliżamy się do nich, poznajemy je i ich specyfikę nie dotykając ich. Zapewne każdy wyniesie z industrialnej podróży własne przemyślenia, jestem jednak pewien że nie można pozostać wobec nich obojętnym.

Na szczególną uwagę zasługuje piękne wydanie albumu przez Zoharum Records, w nowej serii wydawniczej oznakowanej symbolem – IYHHH. Dla Synapsis przypadł numer 002 (wcześniej w tej serii ukazała się płyta Krzysztofa Stanisławskiego o apokaliptycznym tytule – End of all things). Krążek zapakowany jest w elegancki ekopack o wymiarze karty pocztowej, co skutecznie burzy wszelką harmonię na półce z płytami. ;) Za szatę graficzną okładki odpowiada Michał Nowacki. Grafiki przedstawiające fabryczne krajobrazy korespondują z zawartością muzyczną wydawnictwa. Dodatkowo wewnątrz opakowania znajdujemy sztywną kartę ze zdjęciem pogrążonej w mroku hali produkcyjnej. Wszystkie te elementy pozostawiają wrażenie spójności i celowości zamysłu autorów projektu.

 Warto Posłuchać ↓

(więcej…)

Pati Yang – Kiss It Better

Pati Yang – Kiss It Better
Jeśli sądzisz, że to takie proste, musimy nad sobą panować,
to gorąco, nie mogę sama siebie przekonać. Nigdy więcej
Dawaj i bierz dla zabawy, aż do utraty tchu,
obejmuj wzrokiem, powoli, płoń aż będziesz wyczerpany, to może boleć
Czuję jak dajesz mi upojenie
to zabija cały ból Kochanie, nagle wszystko czego pragnęłam
jest nieistotne. Nie potrzebuję już niczego
Całuj moje rany… Spójrz. Zastanów się. Wiedz,
co możesz stracić. Nie mogę dłużej czekać. Samotność nie jest dobra
Dajesz i zabierasz dla zabawy, aż do utraty tchu
Obejmuj wzrokiem, powoli, płoń aż będziesz wyczerpany, to może boleć
Czuję jakbym dawała Ci upojenie. To zabija cały ból Kochanie
Nagle wszystko czego pragnąłeś jest nieistotne
Nie potrzebujesz już niczego. Spalam się
Na Twoich oczach płonę płacząc. Jak mam sprawić abyś o niej zapomniał
Nie jestem z kamienia, więc okaż mi czułość
Całuj moje rany…
Ściągasz mnie wzrokiem, im mniej tym bardziej, nie stój tak, przejmij kontrolę
Patrz jak obluzuję swoje wargi, oblizuję rany
Przyłóż muzykę aby uleczyć moje rany

tekst oryginalny ↓

(więcej…)

Pati Yang – Hold Your Horses

pati yang - hold your horses

Zaślepienie. Nigdy wcześniej nie czułam się tak dobrze
Życzliwość. Śmiertelna ale cenna jak nagroda wręczona dziecku
Ostatnio pokruszona jak tabletki i pocięta na kawałki
Poczekaj chwilę i proszę, nie rób niczego czego możesz później żałować
Poczekaj chwilę i przemów do swojego serca aby przyjęło to powoli
Jeśli będziesz cierpliwa, Kochanie. Zostań ze mną do chwili aż będę gotów
Pewnego dnia wyłożę Twoją drogę różami
Przywykłam już do bycia zagubioną, uzależniona od wspomnień
Z otwartymi ranami wielkości czarnych dziur, które nigdy się nie goją
Gdybyś chciał, mogłabym jeść Ci z rąk
Zamiast tego wolałeś powiedzieć:
Poczekaj chwilę i proszę, nie rób niczego czego możesz później żałować
Poczekaj chwilę i przemów do swojego serca aby przyjęło to powoli
Jeśli będziesz cierpliwa, Kochanie. Zostań ze mną do chwili aż będę gotów
Pewnego dnia wyłożę Twoją drogę różami
Poczekaj chwilę i proszę, zachowaj plany tylko dla siebie
Poczekaj chwilę. Nie uciekaj przed tym kiedy znów odważymy się zatańczyć
Jeśli będziesz cierpliwa, Kochanie. Uwierz we wszystko co może się zdarzyć
Czas pokaże, jeśli tak nam zapisano
Zaćmiona i swobodna w sieci dusznych kłamstw
Patrzyłam na świat wysyłający sygnały. Nie mogłam się ruszyć
Nie mogłam się śmiać. Sparaliżowana ze strachu, że mogłabym być szczęśliwa. U Twego boku…

tekst oryginalny ↓ (więcej…)

Czechoslovakia – Made In [rozmarzony trójmiejski debiut]

CzechoslovakiaZawsze miło zaskakuje mnie świeżość pomysłów płynących z faktycznego zamiłowania do muzyki, nawet jeśli nieco zabraknie technicznego kunsztu czy perfekcyjnie wyszlifowanego brzmienia. Dokładnie takie wrażenie zrobiła na mnie debiutancka płyta trójmiejskiego duetu Czechoslovakia. Album oficjalnie pojawi się 1 marca, ale dzięki uprzejmości artystów mogłem zapoznać się z nim już teraz i podszedłem do pierwszej tegorocznej nowości z absolutnie czysta kartką – pozbawiony jakichkolwiek informacji i skupiony na dźwiękach. Wspólną oś odnalazłem w podszytych humorem i lekkością brzmieniach gitary i cymbałków, zakręconych tekstach i bijącej optymizmem okładce z sylwetką czeskiego bohatera animacji – Krecika.

Made In to struktura ulepiona z generowanej komputerowo perkusji/beatów, delikatnych elektronicznych szmerów i wypełniaczy oraz gitary i basu. Całą koncepcje trzymają w ryzach dwaj panowie – Adam Piskorz i Paweł Strzelczyk – nieliczny skład nie stanowi jednak czynnika ograniczającego kompozycje. Muzyka w wykonaniu duetu to proste i krótkie kompozycje, jednak osadzone w różnorodnej stylistyce. Duet oficjalnie powołuje się na inspiracje Ścianką, ja od siebie dorzucę kilka innych muzycznych konotacji: zabrudzone intro i lekki, zapadający w pamięć beat w utworze „Ziemniaki” przypomina Radiohead z okresu In Rainbows/The King of Limbs. Mój faworyt na tym albumie – chłodny wręcz nowofalowy – „Tsunami” to zarówno kompozycyjnie jak i wokalnie wycieczka do lat osiemdziesiątych i dokonań puławskiej Siekiery. Nie mogę także pozbyć się skojarzenia maniery wokalnej w przewrotnej kompozycji – „Syn Optyka”, z często przerysowanym grymasem w głosie Marcina Zagańskiego. Być może to tylko mocno subiektywne spojrzenie na genezę inspiracji, ale chciałbym zobaczyć jak Czechoslovakia zabrzmi na kolejnym, pewnie dużo bardziej dojrzałym albumie. Wybiegam w przyszłość z czystej muzycznej ciekawości, ujmuje mnie sposób w jaki muzycy interpretują te wymienione przeze mnie czy też inne, własne inspiracje. Z całą pewnością jest to fragmentaryczna interpretacja tego co najlepsze we współcześnie obowiązujących muzycznych standardach – coś w rodzaju uniwersalizmu formy.

Made In zawiera kilka słabych punktów, potknięć, jak choćby mało charyzmatyczne wokale czy kulejąca produkcja dźwięku, co jednak Panowie wykorzystali zmyślnie i obrócili w słowno-stylistyczny żart. Potrafili utrzymać całość w przemyślanej od pierwszego do ostatniego dźwięku koncepcji lo-fi i pomimo kilku śmiałych zapędów w stronę mocniejszego, riffowego grania powstrzymali się i opanowali emocje. Sądzę, że album tylko na tym zyskał. Czechoslovakia niczym morskie fale kołysze subtelnym brzdękiem cymbałów i unosi nas, ku niższym bądź wyższym dźwiękom utrzymując klimat rozmarzenia obecny już w pierwszym i zarazem singlowym utworze „Wakacyjny”. Wspomnienie lata to tylko pretekst do całej garści wspomnień sprzed lat, być może nie odnajdziemy tu wątków autobiograficznych ale znów sporo uniwersalnego podejścia do tym razem słownych form wyrażania przeszłości.  Wspomnianą już premierę albumu, zespół zaplanował koncertowo w Gdańsku i dość nietypowo, gdyż muzykę ze sceny będą wzbogacać analogowe wizualizacje tworzone na żywo! Przyszłość duetu w dużej mierze zależeć będzie właśnie od sprawdzenia się w realiach koncertowych.

 Warto Posłuchać ↓   (więcej…)

Muzyczne Podsumowanie Roku 2011

Tegoroczne zestawienie postanowiłem rozdzielić na część polską i resztę Świata. Był to dobry muzyczny rok, co bardzo cieszy dobry rok w rodzimej muzyce. Zdecydowanie częściej niż przed rokiem w moim odtwarzaczu kręciły się polskie krążki.

POLSKA 

1. Coma – Czerwony Album

2. Nosowska – 8

3. Pati Yang – Wires and Sparks

4. Kobiety – Mutanty

5. Fonetyka – Requiem dla Wojaczka

6. Tune – Lucid Moments

7. Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach – Karmelki i Gruz

8. Piotr Rogucki – Loki Wizja Dźwięku

9. Fisz / Emade – Zwierzę bez Nogi

10. Artrosis – Imago

 RESZTA ŚWIATA

1. Steven Wilson – Grace for Drowning

2. PJ Harvey – Let England Shake

3. Iron & Wine – Kiss Each Other Clean

4. Memories Of Machines ─ Warm Winter

5. Björk – Biophilia

6.  Kram Ran – The Idiot Prince

7. Radiohead – King of Limbs

8. Kate Bush – 50 Words For Snow

9. Red Hot Chili Peppers – I’m with You

10. Slow Electric ─ Slow Electric

Dodatkowo postanowiłem wskazać dwa utwory, które najbardziej zapadły mi w pamięć tego roku i do, których powstały wyjątykowe klipy:

Kasia Nosowska – “O Lesie”

Steven Wilson – “Index”

Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach – Karmelki i Gruz

Gdy grupa uznanych na krajowym rynku, a do tego utalentowanych muzyków nagle po wydaniu bardzo udanej płyty znika i przez pięć kolejnych lat milczy wydawniczo, to wpierw pojawia się wyczekiwanie, które z czasem jednak przeradza się w utratę wiary. Przyznam, że zwątpiłem już w powrót Kombajnu i gdy w końcu trzecia płyta zespołu zmaterializowała się pod postacią Karmelków i Gruzu – moja radość była wielka. Lewa Strona Literki M dzięki użytej palecie środków muzycznego wyrazu przekonała mnie, że ekipa z Nowego Dworku brzmi jak nikt inny w naszym kraju. Przez pięć lat wiele się w zespole zmieniło (także personalnie), lecz wyjątkowość muzyczna utrzymała swój poziom i wciąż jestem zdania, że nie ma w Polsce drugiej kapeli, która tak wyraża rockowe emocje. Nie oznacza to, że Panowie nagrali kopię albumu sprzed lat – absolutnie nie! Ale po kolei…

Przede wszystkim odmienna niż na poprzednim krążku jest struktura i długość utworów, tam dominowały kompozycje krótsze, mające przerywnikowy charakter a te bardziej rozbudowane były raczej jednolitymi, skończonymi formami. Karmelki i Gruz obfitują w długie łączące dwie odmienne wrażliwości utwory jak np. „tulipan i  ćma” czy tytułowa, zamykająca album kompozycja ewidentnie podzielona na dwa odrębne fragmenty. Najogólniej dominują tu zabrudzone gitarowe masy dźwięków i garażowy klimat. Nie bez wpływu na taki stan rzeczy jest sposób w jaki płyta została nagrana, a mianowicie całkowicie na żywo i bez jakichkolwiek poprawek. Przekaz zyskał dzięki temu na naturalności i jest po prostu szczery jak wszystko co dotychczas zaproponował słuchaczom Kombajn. Delikatne i ciekawe melodie uwypuklane są pięknymi wyłaniającymi się z tła gitarami, które najczęściej rozpędzają się i angażują do finału połamane perkusyjne rytmy.

Mniej zmian nastąpiło w sferze tekstowej i emocjonalności wokalnego wyrazu. Marcin Zagański oscyluje pomiędzy monotonnymi, smutnymi potokami słów a niemal histerycznym, niepokojącym krzykiem. Tak było na poprzednich albumach i tak jest teraz. Podobnie przedstawiają się teksty z tradycyjną, dużą dawką abstrakcyjności i absurdu, ale właśnie zestawienia w stylu: „jestem robakiem w twojej truskawce / weź mnie na palec / hoduj w słoiku / ocieplaj i chroń” - tak dosadnie oddają emocje, które można by przekazać w mniej zawiły sposób ale na pewno nie tak urzekający. Poszczególne utwory krążą wokół tematu miłości, rozstania i upadku wiary w najpiękniejsze z uczuć, momentami jest to wyrażone w sposób bardzo bezpośredni: „Miłość to horror / więc znajdź kwiaty na trupach we mnie”, a czasami ukryte pod solidną warstwą tytułowego gruzu: „nasze spotkanie grozi zburzeniem poznania / nasze spotkanie grozi wylewem mrówek / wypadnięciem ptaków z klucza”.

Karmelki i Gruz to płyta w której przede wszystkim idealnie odnajdą się wieloletni fani zespołu, utrwaleni w specyficznym przekazie Kombajnu. Cały gąszcz najbardziej smakowitych drobiazgów, delikatnych muśnięć strun, nastrojowych i cichych wokali został umiejętnie zmieszany z brudnym pierwszoplanowym hałasem i dlatego właśnie najwięcej radości podczas odsłuchów daje wyłapywanie słodkich karmelków wśród gruzu. Płyta dla lubiących muzyczne poszukiwania i zawiły przekaz dźwiękowy.

Warto Posłuchać ↓   (więcej…)

Artrosis – Imago

artrosis - imagoNie spodziewałem się najnowszej płyty grupy Artrosis w roku 2011 i to nawet w najśmielszych oczekiwaniach. Od dobrych 2-3 lat słyszało się pogłoski o nowopowstającym materiale – następcy Con Trust. W ostatnich wywiadach z Medeah możemy jednak przeczytać, że gdyby nie jej decyzja o zmianach w składzie (zespół opuścili: klawiszowiec – Łukasz “Migdał” Migdalski, basista Remigiusz “Remo” Mielczarek, gitarzysta – Krystian “MacKozer” i perkusista Paweł “Świcol” Świca) – Imago nigdy by nie powstało, a już na pewno nie w takiej formie. Tego typu decyzje należą do najtrudniejszych i zawsze wiąże się z nimi spora dawka niepewności, tym razem powrót do zespołu wieloletniego muzyka – Maćka Niedzielskiego okazał się absolutnym strzałem w dziesiątkę. Płyta autorstwa duetu wytrawnych kompozytorów to powrót do najdoskonalszych wspomnień dawnej wrażliwości, a zarazem powiew zupełnie nowej jakości. Imago nie jest albumem stricte gotyckim czy rockowym, a raczej industrialną wyprawą w poszukiwaniu elektronicznych dźwięków, a wszystko wzbogacone pięknymi drugoplanowymi gitarami. Za instrumenty strunowe odpowiada na krążku Artur Tabor.

Przejmując rolę producenta i czuwając nad miksem – Maciek Niedzielski już w pierwszych 2 minutach albumu ukazuje jego nowy, odważny charakter. Niewiele jest gitar, w zamian otrzymujemy sporo generowanej syntezatorowo przestrzeni i bitów jak chociażby te w utworze „Nie Tamta Już”. W warstwie lirycznej przejawia się ewidentny motyw rozliczenia z przeszłością, z całą pewnością mowa o damsko-męskich uczuciach, ale czy tylko? Medeah „sama z sobą pogodzona” – pogodzona i usatysfakcjonowana faktem zmian w składzie, które ostatecznie wyszły na dobre… Tu moim zdaniem kończy się krótki pierwszy akt, w trójdzielnej muzycznej podróży. Akt drugi to cztery spokojniejsze, balladowe kompozycje – piękne wokale w „Już Tylko Śnij” i kapitalna gitara kończąca, to także mocny wokalnie i rytmicznie delikatny „Moje Niebo”. Spokojniejszy, chłodny klimat prowadzi nas do kompozycji tytułowej, która stanowi kondensację nowatorskich pomysłów upchniętych w przestrzeni sześciu minut. „Imago” to skomplikowana linia melodyczna, różnorodność urywanych i powielanych sampli, także wokalnych. Ostateczne przeobrażenie na wzór biologicznych procesów staje się faktem i zespół przedstawia bardziej dynamiczny, mocniejszy akt trzeci. Zaczyna się potężnym bitem w utworze „Doskonała”, nie brakuje mocnych gitarowych riffów nawiązujących do dawnych czasów, jest niepokój i lęk. Podobne nastroje panują w dwóch zamykających album kompozycjach, szczególnie wymowny jest „Panta Rhei”. Po pierwsze tekst mówiący o tytułowej przemianie i o tym, że nic już nie jest takie jak było, po drugie wymowa słów ujęta w dwugłosie dorosłej kobiety i dziecka –  tym bardziej zmusza do refleksji. Wreszcie sama warstwa muzyczna tej kompozycji, wstęp i zakończenie świadczące o niezwykłym wyczuciu artystycznym i potwierdzenie faktu na industrialne korzenie w jakich ta płyta jest osadzona.

Niewątpliwie wiele zmian zaszło w Artrosis, 2011 rok przyniósł nam stary dobrze znany zespół w nowej przepoczwarzonej formie rozwoju. Być może grupa starych mocno konserwatywnych fanów nie zaakceptuje zmian i nowego materiału, ale myślę że zespół pozyska spore grono nowych słuchaczy. Muzyka na Imago jest otwarta, szczera i pozbawiona schematów. Artrosis zyskało całkiem nowe, w mojej ocenie lepsze muzyczne życie. Pierwsza konfrontacja nowych przemian ze starymi ideałami nastąpi podczas trasy promującej płytę, a lista zaplanowanych koncertów jest naprawdę imponująca.

Najnowsze dzieło Artrosis potwierdza fakt o wyjątkowym producenckim smaku Niedzielskiego i nietuzinkowym wokalnym talencie wokalistki, której głos bez względu na obraną stylistykę ujawnia niezwykłą głębię wyrazu. Bardzo odważny i zdecydowany krok na muzycznej drodze! Z niecierpliwością czekam na kolejne…

 Warto Posłuchać ↓ (więcej…)

Kram Ran – The Idiot Prince

Kilka dni temu wpadło mi w ręce wydawnictwo z prężnie rozwijającego się, choć wciąż niewielkiego francuskiego labelu – STEAK AU ZOO. Mowa o limitowanym do 50 egzemplarzy albumie The Idiot Prince autorstwa kanadyjskiego eksperymentatora Marka Wohlgemutha, ukrywającego się pod pseudonimem Kram Ran. Twórczość solową Kanadyjczyka poznałem dopiero teraz, choć wcześniej już miałem okazję posłuchać intrygującego duetu – Alpha Couple,  który to Mark współtworzy z Kristel Jax. Przyznam, że wśród znanych mi damsko-męskich i najbardziej obiecujących twórczo projektów to właśnie Alpha Couple i duet Nadja wyróżniają się najmocniej. Co ciekawe wszyscy wspomniani muzycy pochodzą z Kanady i łączy ich dążenie do przełamywania muzyczno-stylowych konwenansów.

Obecne na albumie kompozycje to bardzo przemyślane formy muzyczne, które ciężko zaklasyfikować czy też zwyczajnie ująć w kilku słowach. Mamy do czynienia z neofolkowym, bazującym na brzmieniu gitarowych strun, a zarazem bardzo mrocznym przekazem poddanym dodatkowo obróbce i wzbogaconym o psychodeliczny wokal. Niektóre momenty z The Idiot Prince przypominają dokonania Current 93 czy Death In June, z tą różnicą, że tutaj znacznie częściej forma przesycona jest solidną aczkolwiek nie drażniącą przeciętnego ucha, dawką szumów i hałasów o miarowej, industrialnej genezie. Co ciekawe trudno jest jednoznacznie wskazać, która z warstw dźwiękowych jest tutaj dominująca, a którą można by nazwać tłem. Wszystko w naturalny sposób przenika się i ewoluuje. Mark Wohlgemuth jawi się zaś jako dyrygent-perfekcjonista, sterujący kolejnymi, napierającymi na membrany głośników masami dźwięków. Urzekająca jest harmonia i spokój jak chociażby w utworze „’Hello’ Said The Prince”, a zarazem piękne melodie utopione w mojej ulubionej i wielowątkowej kompozycji „(Disclaimer)”. W tym ostatnim na uwagę zasługują wokale przechodzące od wyważonych – przypominających radiowy przekaz, aż po histeryczne i szaleńcze okrzyki.

Docierając do poprzednich artystycznych objawień autora wnioskuję także sporą ewolucję i nietuzinkowe poszukiwania wciąż nowych form wyrazu w przyszłości. Album The Idiot Prince chyba najbardziej z dotychczasowych wydawnictw ujawnia artystyczne pokłady ducha kanadyjskiego eksperymentatora. Mark wciąż pracuje nad dźwiękami i zapewne niebawem będzie nam dane podziwiać i oceniać kolejną porcję muzyki markowanej jako Alpha Couple, czy też Kram Ran. Podsumowując krążek jednym zdaniem – pakunek jesiennej melancholii, jednak nie zatraconej w żalu, a smutnie choć jednak z dozą nadziei spoglądającej w przyszłość.

Do utworu „’Hello’ Said The Prince” przygotowano także klip promujący, którego współtworzyli: Tyler Funk i Mark Wohlgemuth.

Warto Posłuchać ↓ (więcej…)

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.