Czechoslovakia – Made In [rozmarzony trójmiejski debiut]

CzechoslovakiaZawsze miło zaskakuje mnie świeżość pomysłów płynących z faktycznego zamiłowania do muzyki, nawet jeśli nieco zabraknie technicznego kunsztu czy perfekcyjnie wyszlifowanego brzmienia. Dokładnie takie wrażenie zrobiła na mnie debiutancka płyta trójmiejskiego duetu Czechoslovakia. Album oficjalnie pojawi się 1 marca, ale dzięki uprzejmości artystów mogłem zapoznać się z nim już teraz i podszedłem do pierwszej tegorocznej nowości z absolutnie czysta kartką – pozbawiony jakichkolwiek informacji i skupiony na dźwiękach. Wspólną oś odnalazłem w podszytych humorem i lekkością brzmieniach gitary i cymbałków, zakręconych tekstach i bijącej optymizmem okładce z sylwetką czeskiego bohatera animacji – Krecika.

Made In to struktura ulepiona z generowanej komputerowo perkusji/beatów, delikatnych elektronicznych szmerów i wypełniaczy oraz gitary i basu. Całą koncepcje trzymają w ryzach dwaj panowie – Adam Piskorz i Paweł Strzelczyk – nieliczny skład nie stanowi jednak czynnika ograniczającego kompozycje. Muzyka w wykonaniu duetu to proste i krótkie kompozycje, jednak osadzone w różnorodnej stylistyce. Duet oficjalnie powołuje się na inspiracje Ścianką, ja od siebie dorzucę kilka innych muzycznych konotacji: zabrudzone intro i lekki, zapadający w pamięć beat w utworze „Ziemniaki” przypomina Radiohead z okresu In Rainbows/The King of Limbs. Mój faworyt na tym albumie – chłodny wręcz nowofalowy – „Tsunami” to zarówno kompozycyjnie jak i wokalnie wycieczka do lat osiemdziesiątych i dokonań puławskiej Siekiery. Nie mogę także pozbyć się skojarzenia maniery wokalnej w przewrotnej kompozycji – „Syn Optyka”, z często przerysowanym grymasem w głosie Marcina Zagańskiego. Być może to tylko mocno subiektywne spojrzenie na genezę inspiracji, ale chciałbym zobaczyć jak Czechoslovakia zabrzmi na kolejnym, pewnie dużo bardziej dojrzałym albumie. Wybiegam w przyszłość z czystej muzycznej ciekawości, ujmuje mnie sposób w jaki muzycy interpretują te wymienione przeze mnie czy też inne, własne inspiracje. Z całą pewnością jest to fragmentaryczna interpretacja tego co najlepsze we współcześnie obowiązujących muzycznych standardach – coś w rodzaju uniwersalizmu formy.

Made In zawiera kilka słabych punktów, potknięć, jak choćby mało charyzmatyczne wokale czy kulejąca produkcja dźwięku, co jednak Panowie wykorzystali zmyślnie i obrócili w słowno-stylistyczny żart. Potrafili utrzymać całość w przemyślanej od pierwszego do ostatniego dźwięku koncepcji lo-fi i pomimo kilku śmiałych zapędów w stronę mocniejszego, riffowego grania powstrzymali się i opanowali emocje. Sądzę, że album tylko na tym zyskał. Czechoslovakia niczym morskie fale kołysze subtelnym brzdękiem cymbałów i unosi nas, ku niższym bądź wyższym dźwiękom utrzymując klimat rozmarzenia obecny już w pierwszym i zarazem singlowym utworze „Wakacyjny”. Wspomnienie lata to tylko pretekst do całej garści wspomnień sprzed lat, być może nie odnajdziemy tu wątków autobiograficznych ale znów sporo uniwersalnego podejścia do tym razem słownych form wyrażania przeszłości.  Wspomnianą już premierę albumu, zespół zaplanował koncertowo w Gdańsku i dość nietypowo, gdyż muzykę ze sceny będą wzbogacać analogowe wizualizacje tworzone na żywo! Przyszłość duetu w dużej mierze zależeć będzie właśnie od sprawdzenia się w realiach koncertowych.

 Warto Posłuchać ↓   (więcej…)

Muzyczne Podsumowanie Roku 2011

Tegoroczne zestawienie postanowiłem rozdzielić na część polską i resztę Świata. Był to dobry muzyczny rok, co bardzo cieszy dobry rok w rodzimej muzyce. Zdecydowanie częściej niż przed rokiem w moim odtwarzaczu kręciły się polskie krążki.

POLSKA 

1. Coma – Czerwony Album

2. Nosowska – 8

3. Pati Yang – Wires and Sparks

4. Kobiety – Mutanty

5. Fonetyka – Requiem dla Wojaczka

6. Tune – Lucid Moments

7. Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach – Karmelki i Gruz

8. Piotr Rogucki – Loki Wizja Dźwięku

9. Fisz / Emade – Zwierzę bez Nogi

10. Artrosis – Imago

 RESZTA ŚWIATA

1. Steven Wilson – Grace for Drowning

2. PJ Harvey – Let England Shake

3. Iron & Wine – Kiss Each Other Clean

4. Memories Of Machines ─ Warm Winter

5. Björk – Biophilia

6.  Kram Ran – The Idiot Prince

7. Radiohead – King of Limbs

8. Kate Bush – 50 Words For Snow

9. Red Hot Chili Peppers – I’m with You

10. Slow Electric ─ Slow Electric

Dodatkowo postanowiłem wskazać dwa utwory, które najbardziej zapadły mi w pamięć tego roku i do, których powstały wyjątykowe klipy:

Kasia Nosowska – „O Lesie”

Steven Wilson – „Index”

Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach – Karmelki i Gruz

Gdy grupa uznanych na krajowym rynku, a do tego utalentowanych muzyków nagle po wydaniu bardzo udanej płyty znika i przez pięć kolejnych lat milczy wydawniczo, to wpierw pojawia się wyczekiwanie, które z czasem jednak przeradza się w utratę wiary. Przyznam, że zwątpiłem już w powrót Kombajnu i gdy w końcu trzecia płyta zespołu zmaterializowała się pod postacią Karmelków i Gruzu – moja radość była wielka. Lewa Strona Literki M dzięki użytej palecie środków muzycznego wyrazu przekonała mnie, że ekipa z Nowego Dworku brzmi jak nikt inny w naszym kraju. Przez pięć lat wiele się w zespole zmieniło (także personalnie), lecz wyjątkowość muzyczna utrzymała swój poziom i wciąż jestem zdania, że nie ma w Polsce drugiej kapeli, która tak wyraża rockowe emocje. Nie oznacza to, że Panowie nagrali kopię albumu sprzed lat – absolutnie nie! Ale po kolei…

Przede wszystkim odmienna niż na poprzednim krążku jest struktura i długość utworów, tam dominowały kompozycje krótsze, mające przerywnikowy charakter a te bardziej rozbudowane były raczej jednolitymi, skończonymi formami. Karmelki i Gruz obfitują w długie łączące dwie odmienne wrażliwości utwory jak np. „tulipan i  ćma” czy tytułowa, zamykająca album kompozycja ewidentnie podzielona na dwa odrębne fragmenty. Najogólniej dominują tu zabrudzone gitarowe masy dźwięków i garażowy klimat. Nie bez wpływu na taki stan rzeczy jest sposób w jaki płyta została nagrana, a mianowicie całkowicie na żywo i bez jakichkolwiek poprawek. Przekaz zyskał dzięki temu na naturalności i jest po prostu szczery jak wszystko co dotychczas zaproponował słuchaczom Kombajn. Delikatne i ciekawe melodie uwypuklane są pięknymi wyłaniającymi się z tła gitarami, które najczęściej rozpędzają się i angażują do finału połamane perkusyjne rytmy.

Mniej zmian nastąpiło w sferze tekstowej i emocjonalności wokalnego wyrazu. Marcin Zagański oscyluje pomiędzy monotonnymi, smutnymi potokami słów a niemal histerycznym, niepokojącym krzykiem. Tak było na poprzednich albumach i tak jest teraz. Podobnie przedstawiają się teksty z tradycyjną, dużą dawką abstrakcyjności i absurdu, ale właśnie zestawienia w stylu: „jestem robakiem w twojej truskawce / weź mnie na palec / hoduj w słoiku / ocieplaj i chroń” - tak dosadnie oddają emocje, które można by przekazać w mniej zawiły sposób ale na pewno nie tak urzekający. Poszczególne utwory krążą wokół tematu miłości, rozstania i upadku wiary w najpiękniejsze z uczuć, momentami jest to wyrażone w sposób bardzo bezpośredni: „Miłość to horror / więc znajdź kwiaty na trupach we mnie”, a czasami ukryte pod solidną warstwą tytułowego gruzu: „nasze spotkanie grozi zburzeniem poznania / nasze spotkanie grozi wylewem mrówek / wypadnięciem ptaków z klucza”.

Karmelki i Gruz to płyta w której przede wszystkim idealnie odnajdą się wieloletni fani zespołu, utrwaleni w specyficznym przekazie Kombajnu. Cały gąszcz najbardziej smakowitych drobiazgów, delikatnych muśnięć strun, nastrojowych i cichych wokali został umiejętnie zmieszany z brudnym pierwszoplanowym hałasem i dlatego właśnie najwięcej radości podczas odsłuchów daje wyłapywanie słodkich karmelków wśród gruzu. Płyta dla lubiących muzyczne poszukiwania i zawiły przekaz dźwiękowy.

Warto Posłuchać ↓   (więcej…)

Artrosis – Imago

artrosis - imagoNie spodziewałem się najnowszej płyty grupy Artrosis w roku 2011 i to nawet w najśmielszych oczekiwaniach. Od dobrych 2-3 lat słyszało się pogłoski o nowopowstającym materiale – następcy Con Trust. W ostatnich wywiadach z Medeah możemy jednak przeczytać, że gdyby nie jej decyzja o zmianach w składzie (zespół opuścili: klawiszowiec – Łukasz „Migdał” Migdalski, basista Remigiusz „Remo” Mielczarek, gitarzysta – Krystian „MacKozer” i perkusista Paweł „Świcol” Świca) – Imago nigdy by nie powstało, a już na pewno nie w takiej formie. Tego typu decyzje należą do najtrudniejszych i zawsze wiąże się z nimi spora dawka niepewności, tym razem powrót do zespołu wieloletniego muzyka – Maćka Niedzielskiego okazał się absolutnym strzałem w dziesiątkę. Płyta autorstwa duetu wytrawnych kompozytorów to powrót do najdoskonalszych wspomnień dawnej wrażliwości, a zarazem powiew zupełnie nowej jakości. Imago nie jest albumem stricte gotyckim czy rockowym, a raczej industrialną wyprawą w poszukiwaniu elektronicznych dźwięków, a wszystko wzbogacone pięknymi drugoplanowymi gitarami. Za instrumenty strunowe odpowiada na krążku Artur Tabor.

Przejmując rolę producenta i czuwając nad miksem – Maciek Niedzielski już w pierwszych 2 minutach albumu ukazuje jego nowy, odważny charakter. Niewiele jest gitar, w zamian otrzymujemy sporo generowanej syntezatorowo przestrzeni i bitów jak chociażby te w utworze „Nie Tamta Już”. W warstwie lirycznej przejawia się ewidentny motyw rozliczenia z przeszłością, z całą pewnością mowa o damsko-męskich uczuciach, ale czy tylko? Medeah „sama z sobą pogodzona” – pogodzona i usatysfakcjonowana faktem zmian w składzie, które ostatecznie wyszły na dobre… Tu moim zdaniem kończy się krótki pierwszy akt, w trójdzielnej muzycznej podróży. Akt drugi to cztery spokojniejsze, balladowe kompozycje – piękne wokale w „Już Tylko Śnij” i kapitalna gitara kończąca, to także mocny wokalnie i rytmicznie delikatny „Moje Niebo”. Spokojniejszy, chłodny klimat prowadzi nas do kompozycji tytułowej, która stanowi kondensację nowatorskich pomysłów upchniętych w przestrzeni sześciu minut. „Imago” to skomplikowana linia melodyczna, różnorodność urywanych i powielanych sampli, także wokalnych. Ostateczne przeobrażenie na wzór biologicznych procesów staje się faktem i zespół przedstawia bardziej dynamiczny, mocniejszy akt trzeci. Zaczyna się potężnym bitem w utworze „Doskonała”, nie brakuje mocnych gitarowych riffów nawiązujących do dawnych czasów, jest niepokój i lęk. Podobne nastroje panują w dwóch zamykających album kompozycjach, szczególnie wymowny jest „Panta Rhei”. Po pierwsze tekst mówiący o tytułowej przemianie i o tym, że nic już nie jest takie jak było, po drugie wymowa słów ujęta w dwugłosie dorosłej kobiety i dziecka –  tym bardziej zmusza do refleksji. Wreszcie sama warstwa muzyczna tej kompozycji, wstęp i zakończenie świadczące o niezwykłym wyczuciu artystycznym i potwierdzenie faktu na industrialne korzenie w jakich ta płyta jest osadzona.

Niewątpliwie wiele zmian zaszło w Artrosis, 2011 rok przyniósł nam stary dobrze znany zespół w nowej przepoczwarzonej formie rozwoju. Być może grupa starych mocno konserwatywnych fanów nie zaakceptuje zmian i nowego materiału, ale myślę że zespół pozyska spore grono nowych słuchaczy. Muzyka na Imago jest otwarta, szczera i pozbawiona schematów. Artrosis zyskało całkiem nowe, w mojej ocenie lepsze muzyczne życie. Pierwsza konfrontacja nowych przemian ze starymi ideałami nastąpi podczas trasy promującej płytę, a lista zaplanowanych koncertów jest naprawdę imponująca.

Najnowsze dzieło Artrosis potwierdza fakt o wyjątkowym producenckim smaku Niedzielskiego i nietuzinkowym wokalnym talencie wokalistki, której głos bez względu na obraną stylistykę ujawnia niezwykłą głębię wyrazu. Bardzo odważny i zdecydowany krok na muzycznej drodze! Z niecierpliwością czekam na kolejne…

 Warto Posłuchać ↓ (więcej…)

Kram Ran – The Idiot Prince

Kilka dni temu wpadło mi w ręce wydawnictwo z prężnie rozwijającego się, choć wciąż niewielkiego francuskiego labelu – STEAK AU ZOO. Mowa o limitowanym do 50 egzemplarzy albumie The Idiot Prince autorstwa kanadyjskiego eksperymentatora Marka Wohlgemutha, ukrywającego się pod pseudonimem Kram Ran. Twórczość solową Kanadyjczyka poznałem dopiero teraz, choć wcześniej już miałem okazję posłuchać intrygującego duetu – Alpha Couple,  który to Mark współtworzy z Kristel Jax. Przyznam, że wśród znanych mi damsko-męskich i najbardziej obiecujących twórczo projektów to właśnie Alpha Couple i duet Nadja wyróżniają się najmocniej. Co ciekawe wszyscy wspomniani muzycy pochodzą z Kanady i łączy ich dążenie do przełamywania muzyczno-stylowych konwenansów.

Obecne na albumie kompozycje to bardzo przemyślane formy muzyczne, które ciężko zaklasyfikować czy też zwyczajnie ująć w kilku słowach. Mamy do czynienia z neofolkowym, bazującym na brzmieniu gitarowych strun, a zarazem bardzo mrocznym przekazem poddanym dodatkowo obróbce i wzbogaconym o psychodeliczny wokal. Niektóre momenty z The Idiot Prince przypominają dokonania Current 93 czy Death In June, z tą różnicą, że tutaj znacznie częściej forma przesycona jest solidną aczkolwiek nie drażniącą przeciętnego ucha, dawką szumów i hałasów o miarowej, industrialnej genezie. Co ciekawe trudno jest jednoznacznie wskazać, która z warstw dźwiękowych jest tutaj dominująca, a którą można by nazwać tłem. Wszystko w naturalny sposób przenika się i ewoluuje. Mark Wohlgemuth jawi się zaś jako dyrygent-perfekcjonista, sterujący kolejnymi, napierającymi na membrany głośników masami dźwięków. Urzekająca jest harmonia i spokój jak chociażby w utworze „’Hello’ Said The Prince”, a zarazem piękne melodie utopione w mojej ulubionej i wielowątkowej kompozycji „(Disclaimer)”. W tym ostatnim na uwagę zasługują wokale przechodzące od wyważonych – przypominających radiowy przekaz, aż po histeryczne i szaleńcze okrzyki.

Docierając do poprzednich artystycznych objawień autora wnioskuję także sporą ewolucję i nietuzinkowe poszukiwania wciąż nowych form wyrazu w przyszłości. Album The Idiot Prince chyba najbardziej z dotychczasowych wydawnictw ujawnia artystyczne pokłady ducha kanadyjskiego eksperymentatora. Mark wciąż pracuje nad dźwiękami i zapewne niebawem będzie nam dane podziwiać i oceniać kolejną porcję muzyki markowanej jako Alpha Couple, czy też Kram Ran. Podsumowując krążek jednym zdaniem – pakunek jesiennej melancholii, jednak nie zatraconej w żalu, a smutnie choć jednak z dozą nadziei spoglądającej w przyszłość.

Do utworu „’Hello’ Said The Prince” przygotowano także klip promujący, którego współtworzyli: Tyler Funk i Mark Wohlgemuth.

Warto Posłuchać ↓ (więcej…)

Pati Yang – Near To God

Spoglądam na Ciebie z nieczystym sumieniem, szukam usprawiedliwienia.

Deszcz na zewnątrz płacze niczym ocean. To dzień dla przegranych.

Powoli zdejmuję z siebie ubranie. Zakładam je z powrotem dla Ciebie.

Więc zawołaj i skłam z poświęceniem.

 

Pozostań. I po prostu. Kochaj. Nieustannie.

Do póki słońce nie przetopi się w złoto.

Zabierz mnie stąd. Jak najdalej od lęków. Bliżej Boga.

 

Zbliżasz mnie do Boga.

 

Zamykam oczy. I zmieniam wzrok w palce. Składam dłonie.

Podłoga jest zimna a pot wciąż na mnie. Przykleja się jak skóra.

Modle się za nas kiedy tylko jestem z Tobą. Dlatego otrzymujemy przebaczenie.

Za każdym razem gdy umieramy aby obudzić się. W innym niebie.

 

Zbliżasz mnie do Boga…

 

Kochaj. Nieustannie. Do póki słońce nie przetopi się w złoto.

Zabierz mnie stąd. Jak najdalej od lęków.

Bliżej Boga.

 

tekst oryginalny ↓ (więcej…)

Kobiety – Mutanty

Wiem, że czeka na mnie gdzieś wspaniały świat” – przyznam, że nie miałem w sobie takiej pewności i optymistycznego zapędu umieszczając w odtwarzaczu krążek Mutanty. Do trójmiejskiej formacji miałem spore uznanie od chwili debiutu sprzed ponad dekady, jednak nigdy nie przekonali mnie do siebie tak w stu procentach. Tym razem urzekła mnie przemyślana prostota kompozycji i niezwykła swoboda wyrazu. Mamy tu do czynienia z absolutnymi wyżynami kompozytorskiego kunsztu Grzegorza Nawrockiego. Na pierwszy rzut ucha to zwyczajne, tradycyjnie zbudowane i przyjemne piosenki, gdy zajrzymy jednak pod podszewkę odkryjemy prawdziwy kosmos eksperymentów z brzmieniem i subtelnie wtopionych w całość awangardowych smaczków. Zmyślnie rozmieszczone w strukturze utworów zmiany tempa, zwroty melodii, najdelikatniejsze czasem nawet ledwo słyszalne nuty, poruszają wyobraźnię w sposób nietuzinkowy.

Od życia więcej chciej” – snują się słowa w rytm niemal cyrkowej rytmiki w utworze „Miłość to mit”. Członkowie zespołu mogą z czystym sumieniem dopisać się pod powyższym wersem, albowiem chwycili z muzycznej przestrzeni dźwięków to co najdoskonalsze i przelali to na niespełna trzy kwadranse formy nieskażonej nadęciem czy pretensjonalnością. Wszystko jest tu naturalne, jakby nuty dopasowały się w przygotowane dla nich miejsca, zachwycają mieszane wokale i chórki, raz melancholijny głos Grzegorza schładza klimat, aby za chwilę podgrzała go barwa głosu Marty Handschke. Bezskutecznie próbowałem wskazać mocniejsze i słabsze momenty tego albumu, trafniejszym tokiem myślenia jest w tym przypadku wybór pomiędzy piosenkami, które pozostają w głowie i zmuszają do mimowolnego nucenia już po 2-3 odsłuchu, a inne być może dopiero po 7-8. Jakkolwiek by jednak oceniać album Mutanty, nie można mu odmówić potencjału przebojowości i nie jest to zarzut. Najnowsze kompozycje znakomicie sprawdzą się w radiowym eterze, na koncertach a także w domowym zaciszu – słuchane w samotności – albowiem właśnie o samotności i wyobcowaniu jest ten album.

 „To nie jest żadna ewolucja

 To jakaś dziwna mutacja

 Sterują nami centrale

 Elektromagnetyczne fale”

We are the mutants” – stwierdzają jednogłośnie Marta i Grzegorz w singlu otwierającym album. To już nie zastanawianie się nad upadkiem wartości i izolacją społeczną jednostek, ale smutne stwierdzenie faktu. Czy „smutne” to właściwe słowo? Melodie na Mutantach są z pewnością bardziej nastrojowe i mniej dynamiczne niż chociażby na płycie Amnestia, jednak wciąż dostarczają wiele radości i zwyczajnie powodują uśmiech na twarzy słuchacza. Artyści zgrabnie wpletli w skoczny, a miejscami nawet folkowy rytm, przewrotne choć głębokie w przekazie teksty o miłości, tęsknocie, ucieczce czy marzeniach. Dzięki temu album nabiera także uniwersalnego wymiaru, zupełnie jakby zawrzeć pozytywne i negatywne odczucia w jednej pigułce dobrej na każdą chwilę.

Teraz chcę być organiczny, chcę być teraz biologiczny” – to idealna puenta zarówno płyty jak i recenzji albumu Kobiet. Wyraz najprostszej tęsknoty za naturalnością, którą zespół zaserwował nam po trochu w każdej z 11 piosenek. Mamy delikatne brzmienie wibrafonu, wiolonczeli, kontrabasu czy mandoliny. Ponadto w procesie twórczym uczestniczyło kilku interesujących gości, m.in.: Olo Walicki, Tymon Tymański i Tomasz Ziętek. Dla Mutantów warto poruszyć pokłady utajonej wyobraźni. Ba! Gwarantuję, że wyobraźnia sama zacznie pracować na wysokich obrotach już po pierwszym odsłuchu.

Recenzja dostępna także na – Artrock.pl 

 Warto Posłuchać ↓ (więcej…)

Fonetyka – Requiem dla Wojaczka

Kilkukrotnie rozpoczynałem pisanie recenzji debiutanckiego albumu Fonetyki, rozważałem jak najlepiej oddać sens  zawartych na krążku dźwięków i interpretacji muzycznych, a jednocześnie nie wejść w polemikę z tekstami, które choć piękne i przejmujący tym razem nie są przedmiotem oceny. Pierwsza styczność z projektem wywołała u mnie skrajne odczucia, z jednej strony uznanie dla autorów za wybór tak trudnej poezji i sam fakt, że pamięć o Rafale Wojaczku nie wygasła bezpowrotnie, z drugiej zaś pojawiła się obawa czy podołali mierząc się z taką liryką. Po pierwszym odsłuchu już wiedziałem, że takie myślenie wywiodłoby mnie na manowce, bo w żadnym razie nie chodzi tu o równanie się z pamięcią poety, a o oddanie mu swoistego hołdu, i przeniesienie tekstów w nowa oprawę.

Za muzykę odpowiedzialnych jest dwoje przyjaciół: Przemek Wałczuk (wokal/bas) oraz Daniel Zaklikowski (gitara/klawisze). Jak sami przyznają prace nad albumem trwały dość długo i toczyły się naturalnym torem bez zbędnych napięć, a sam pomysł sięgnięcia po poezję Wojaczka to naturalna długoletnia fascynacja Jego twórczością. W nielicznych wywiadach prasowych – Przemek zdradza także, że zwrot w stronę gotowych tekstów to wynik nienajlepszych w jego ocenie, dotychczasowych osiągnięć autorskich w poprzednich projektach, które współtworzył (Vernissage, Jeremi). W mojej ocenie stworzenie właściwej przestrzeni muzycznej dla tak kontrowersyjnej poezji, która dla samego autora znaczyła być może więcej niż całe jego życie, jest przedsięwzięciem niemniej wymagającym i obciążonym ryzykiem. Uzyskane efekty pełne są emocji bliskich postaci Wojaczka i to największa zaleta tej płyty.

Po pierwsze brzmienie… Dzięki symbiozie syntezatorowych motywów i prostych, zabrudzonych brzmień gitary odniosłem wrażenie, że czas cofnął się o dobre dwadzieścia lat. Pomysł na zestawienie różnorodnych, często pulsujących i szybkich synth-rockowych pejzaży z wolniejszymi i przeciągniętymi riffami nadaje nostalgicznego klimatu, który nie usypia, a wręcz przeciwnie – pobudza czujność słuchacza. Mocniejsze i bardziej drapieżne momenty płyty, jak np. „Sól” – oddają siłą wyrazu poczucie zagrożenia i upadek tożsamości, które Wojaczek zawarł w tekście. Z kolei delikatniejsze kompozycje: „Czemu nie ma tancerki” czy „Rozstanie” to wyraz wrażliwej interpretacji wierszy, które łagodniejsze i pozbawione wulgaryzmów często umykają uwadze nastawionych na silne emocje czytelników spotykających się z dorobkiem poety. Właśnie „Rozstanie” pozostaje moim ulubionym utworem spośród bardziej sentymentalnej i subtelniejszej części albumu.

Po drugie wokal… Głos Przemka jest lekko znudzony, jednolity, skierowany na afirmację bólu i smutku obecnego w wierszach. Sennie snuje się i wznosi na granice przenikliwości trafnie oddając fascynacje Wojaczka kobiecą naturą i tajemnicą płci (”Krzyż”). Sądzę, że w bardzo świadomy i przemyślany sposób wokale zostały tak zaintonowane nie tylko aby przelać na krążek emocje autora tekstów, ale także po to by w pełni móc skupić się na przekazie słownym – taki bowiem efekt uzyskano wystrzegając się zbędnych wokalnych ozdobników czy przerysowań. Przysłuchując się dwunastu przygotowanym na krążku kompozycjom, nasuwa się pytanie o klucz doboru wierszy. Czemu akurat takie? Sądzę, że zadecydował osobisty sentyment, a także chęć ukazania różnorodności tematów jakich poeta dotykał. Tego akurat odmówić nie można – Fonetyka dostarcza nam Wojaczka zadumanego i nieuchronnie zmierzającego ku beznadziei istnienia, absurdalnie szydzącego i podważającego powszechne wartości, ale także zbuntowanego autora odważnych erotyków.

Poza silnym ładunkiem emocjonalnym, o którym już wspominałem, ogromnym sukcesem Requiem dla Wojaczka, jest nowatorski jak na polskie warunki fonograficzne sposób połączenia trudnej poezji z ciekawą muzyką. Dźwięki są przystępne, lecz nie miałkie, melodie zapadające w pamięć, ale zarazem trudne w jednoznaczniej klasyfikacji. Brzmienie twórcze i wymykające się prostocie interpretacji. Podsumowując dodam jeszcze, że album Fonetyki popchnął mnie aby zgłębić poezję Rafała Wojaczka jeszcze bardziej, co jest niepodważalną wartością tej płyty.

Recenzja dostępna także na – Artrock.pl

Warto Posłuchać ↓

(więcej…)

Pati Yang – Let It Go

Pewnego dnia stwierdziłeś, że jesteś zagubiony. Czy zwyczajnie usiadłeś i umarłeś?

Przecież nikt nie słyszał abyś krzyczał. Czy gdybym wiedziała, odeszłabym?

I dziwisz się dlaczego do cholery, poddano Cię tej próbie…

 

Pozwól Jej odejść. Prawda puka do twych drzwi.

Pozwól Jej odejść. Nie powinieneś tak cierpieć.

Aby być szczęśliwym…

 

Dawno już zadecydowano, że stanęłam na Twojej drodze.

Zamierzałam przejąć kontrolę. Trzymać Cię kiedy wydawałeś się zbyt słaby.

Teraz zastanawiam się dlaczego do cholery uwikłano mnie w to.

 

Pozwól mi odejść bo moje serce pęka.

Potraktowałeś mnie jak chciałam, więc nie powinno boleć.

To nie powinno tak bardzo boleć, bycie szczęśliwym.

Po prostu bycie szczęśliwym…


tekst oryginalny ↓

(więcej…)

Kategorie: on 31 Październik 2011 at 23:31  Dodaj komentarz  
Tags: , , ,

Coma – Czerwony Album

Czwarty studyjny krążek Comy – bez egzystencjalnych przemyśleń i bez koncepcyjnego rozmachu, za to z dojrzałością i wyczuciem godnym kilkunastoletniego stażu uznanej rockowej kapeli. Zestawiając wszystkie przedpremierowe wypowiedzi muzyków Comy i wrażenia jakie wywołały na mnie pierwsze odsłuchy, jeszcze bardziej upewniłem się w przekonaniu, że Coma robi dokładnie to co chce i osiąga zamierzone cele. Postanowili nagrać pozbawioną schematów, otwartą płytę i dokładnie tak się stało. Odnieść można wrażenie, że pomiędzy regularną wydawniczą drogę zespołu wskoczył swoisty znak zapytania w postaci „czerwonego albumu” – krążka nienazwanego, za to idealnie różnorodnego. Wspaniała kolorowa mieszanka barw, które możemy oglądać w teledysku przygotowanym do „Na pół”, rozlała się tu na wszystkie 12 kompozycji i odcisnęła na nich swoje barwne piętno. Jest biel kontrastująca z czernią i metaforycznie zwiastująca odnowę myśli, są cieknące czerwone krople krwi tworzące kolejne zwrotki modlitwy, są wreszcie odcienie pragnień i uczuć zarysowane rudością.

Muzycznie najnowsza płyta Comy magnetyzuje i zapada w pamięć na długo. Tradycyjnie solidne uderzenie rockowej mocy połączone z unikalnymi, nastrojowymi melodiami i spięte charakterystycznym wokalem Piotra – tym razem chyba Rogucki ośmielony solowym debiutem pozwolił sobie na więcej artystycznych ozdobników i ciekawych mikrofonowych zabiegów. Jako przykład mogą posłużyć emocjonalne, niemal wykrzyczane refreny w „Angeli”, przemieszane ze spokojnymi bliskimi recytacji zwrotkami. Dużą zmianą jak najbardziej na plus są też chórki w wykonaniu zespołu i Artura Czarneckiego. O ile w finale singlowego i lekko popowego „Na pół” mogą wydawać się nonszalancją o tyle np. w „Gwiazdozbiorach” czy „0Rh+” nadają klimatu i wielowymiarowości. Na wyższy poziom gitarowej perfekcji wskoczyli też Kobez i Witos, brzmienie strun jest wyraziste, żywe, płynnie łączy delikatność z wyrazistością i wypełnia namacalnymi emocjami każdą kompozycję. Wyrazem gitarowej różnorodności upchanej w kilku minutach są wspomniane już „Gwiazdozbiory”. W przeciągu czterech minut zaciera się granica pomiędzy tłem a pierwszym planem – gitary wędrują, stają się naprzemiennie realnie i nierealne, łączą stylistyki, podkreślają wokal i pozostawiają miejsce na linię basu. Ukłony należą się także za rozbudowaną kompozycję „Los cebula i krokodyle łzy” – powoli rozwijająca się historia swą koncepcją przypomina „Listopad” i analogicznie do wspomnianego, swą puentą pozostawia słuchacza bezradnego wobec silnych emocji. W momencie kiedy perkusja Marszałka przechodzi na wyższe obroty a gitary zaczynają się łamać to czuję, że właśnie taka Coma przenika mnie na wylot, przywołuje wspomnienia i nie pozwala na obojętność.

Wszystkie dotychczasowe dokonania Roguca w warstwie lirycznej, głównie dzięki uniwersalności tekstów i ładunkowi emocji jaki w nich zawiera, mogłyby wskazywać na podnoszenie sobie przez samego autora poprzeczki. O ile w tym stwierdzeniu może być ziarno prawny, które opisuje po prostu naturalny proces samorozwoju artysty, o tyle nie zgadzam się z opiniami mówiącymi o między albumowej rywalizacji tekstowej. Każde z dotychczasowych dzieł Piotrka, łącznie z solowym debiutem to zupełnie inna liryczna forma i z założenia inne albumy. Jak wspomniałem Coma to nie zespół, który działa na zasadzie przypadków, a wręcz przeciwnie wszystko dokładnie planuje. Ta zasada doskonale widoczna jest także w warstwie tekstowej. Mieliśmy Hipertrofię podporządkowaną od pierwszej do ostatniej kompozycji filozoficznej myśli Hegla, następnie przyszedł czas na Lokiego i pełną swobodę, której zapewne Roguc potrzebował, aż wreszcie mamy dzieło Comy skierowane na otwartość, zamknięte formy i pozostawiające więcej swobody interpretacyjnej. Teksty dotykają tym razem tematów bardziej przyziemnych, codziennych spostrzeżeń i problemów. Komentują współczesną medialną rzeczywistość:  „Czego to czego to nie wynajdą? / Aby zostać gwiazdą, aby zostać gwiazdą”, odnoszą się do moralnych wzorców i stają w opozycji do powszechnie przyjętych zasad: „Młodości na straty i na zmarnowanie / Cierpienia narodu, straszenie szatanem”. Nie zabrakło także bardziej osobistego wyrazu i kilku wspomnień: „Oto płynąca za wykres / Z wenflonu, przez rurkę / Na płytki szpitala w Złotnikach”. Najbardziej, jako łodzianina uradowała mnie kompozycja „Deszczowa Piosenka” – rzetelny obraz posępnej i zaniedbanej Łodzi widzianej oczami mieszkańca. Szczery lokalny patriotyzm nie tuszujący wszelkich skaz czy zarysować na sztucznie wykreowanym wizerunku metropolii.

Czerwona płyta” to porcja codziennej rzeczywistości, uwydatnionej barwami, zamkniętej w metaforach i zgrabnych wersach. Po kilkunastu przesłuchaniach inaczej odbieram dzień jutrzejszy i pozorną ulotność wiersza. Wiem także co jest najlepszym antidotum na niezbyt łaskawy dzień…

Warto Posłuchać ↓

(więcej…)

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.