Synapsis – Materia (Chapter II)

Synapsis - MateriaOdwołując się do terminologii biologicznej i funkcji jaką spełniają synapsy w ludzkim organizmie, można zaryzykować stwierdzeniem, że duet przekazuje nam siedem solidnie przemyślanych impulsów oddziałujących na układ nerwowy niemal jak hipnoza. Dawid Chrapla i Andrzej Turziak postanowili połączyć muzyczne siły w roku 2009 i zaprezentować fabryczne struktury dźwięku pod trafnym szyldem Materia, a może bardziej obrazowym byłoby użycie określenia – „Opór Materii” (tytuł jednej z kompozycji). Wsłuchując się w starannie wyselekcjonowane, pracujące na wysokich obrotach tryby i przekładnie, czujemy bardzo wyraźnie obecność maszyn i całych linii produkcyjnych tuż obok. Industrialny przekaz jest niczym niezakłócony, niezaburzony jakimkolwiek wypadkiem przy pracy czy awarią. Mamy poczucie ciągłości procesu, jego monumentalność udziela się na każdej płaszczyźnie muzycznej percepcji. Fabryka pracuje trybem ciągłym, ale czy jej przyszłość jest bezpieczna? W moim subiektywnym odczuciu, materia starannie obrobiona przez obu artystów została ukształtowana ku niezbadanym, apokaliptycznym celom. W każdym z siedmiu utworów skryto niepokojący i chłodny klimat, kojarzący się z poczuciem zagrożenia i niepokoju o przyszłe dni.

Stabilność przekazu poparta jest środkami wyrazu osadzonymi na podobnych częstotliwościach i poziome. Panowie oszczędzają nasze uszy – jak już wspomniałem wyżej – bardziej hipnotyzują niż dokuczają niemiarowym zgrzytem. Słuchając Materii mamy wrażenie przechadzania się po hali produkcyjnej wypełnionej różnorodnymi maszynami, jednak zachowujemy bezpieczny dystans, nie zbliżamy się do nich, poznajemy je i ich specyfikę nie dotykając ich. Zapewne każdy wyniesie z industrialnej podróży własne przemyślenia, jestem jednak pewien że nie można pozostać wobec nich obojętnym.

Na szczególną uwagę zasługuje piękne wydanie albumu przez Zoharum Records, w nowej serii wydawniczej oznakowanej symbolem – IYHHH. Dla Synapsis przypadł numer 002 (wcześniej w tej serii ukazała się płyta Krzysztofa Stanisławskiego o apokaliptycznym tytule – End of all things). Krążek zapakowany jest w elegancki ekopack o wymiarze karty pocztowej, co skutecznie burzy wszelką harmonię na półce z płytami. ;) Za szatę graficzną okładki odpowiada Michał Nowacki. Grafiki przedstawiające fabryczne krajobrazy korespondują z zawartością muzyczną wydawnictwa. Dodatkowo wewnątrz opakowania znajdujemy sztywną kartę ze zdjęciem pogrążonej w mroku hali produkcyjnej. Wszystkie te elementy pozostawiają wrażenie spójności i celowości zamysłu autorów projektu.

 Warto Posłuchać ↓

(więcej…)

Muzyczne Podsumowanie Roku 2010

Dwadzieścia albumów, które zrobiły na mnie największe wrażenie w mijającym roku:

1. Lou Rhodes – One Good Thing

2. Autechre – Oversteps

3. Kim Nowak – Kim Nowak

4. Robert Gawliński – Kalejdoskop

5. Massive Attack – Heligoland

6. M.I.A. – Maya

7. Grzegorz Turnau – Fabryka Klamek

8. The Legendary Pink Dots – Seconds Late For The Brighton Line

9. Burzum – Belus

10. Under Byen – Alt Er Tabt

11. Current 93 – Baalstorm, Sing Omega

12. Jan Jelinek & Masayoshi Fujita – Bird, Lake, Objects

13. Antony And The Johnsons – Swanlights

14. James – The Night Before

15. Lao Che – Prąd Stały Prąd Zmienny

16. Raz Dwa Trzy – Skądokąd

17. Oneohtrix Point Never – Returnal

18. Merzbow – Another Merzbow Records

19. Four Tet – There Is Love In You

20. Crystal Castles – Crystal Castles

 

Zasługujące na wyróżnienie DVD:

1. Coma – Live

2. The White Stripes – Under Great White Northern Lights

3. Porcupine Tree – Anesthetize

4. Lasse Hoile -  Insurgentes

5. Kult – MTV Unplugged

Published in: on 22 Grudzień 2010 at 19:37  Dodaj komentarz  
Tags: , , , , , ,

Antony And The Johnsons – Thank You For Your Love [EP]

Pierwsza myśl jaka pojawiła się po przesłuchaniu EPki promującej nadchodzącą czwartą już płytę Antony And The Johnsons, to poczucie zmian. Na album Swanlights przeniesiona zostanie jedynie kompozycja tytułowa „Thank You For You Love”, ale to właśnie ona jest tych zmian transparentnym nośnikiem. Może postawienie tezy, że znikła gdzieś charakterystyczna dla Antony’ego Hegarty melancholia byłoby zbyt odważne, ale z całą pewnością nabrała ona nowego wyrazu. Pozostało rozżalenie w głosie jak i w warstwie tekstowej. Ewidentne odwołanie się do Stwórcy i zestawienie tytułowego „Oh Thank You For Your Love” ze słowami „When I Was Lost In The Dark Darkness” czy „When My Mind Was Broken Into A Thousand Pieces” nabiera sarkastycznego wyrazu. Zmieniła się jednak forma, pojawiające się już po minucie dęciaki ożywiają kompozycje i przenoszą nas w klimat paryskich kabaretów końca XIX wieku.

Dalej na krążku pojawia się niezwykle spokojny, fortepianowy „You Are The Treasure”, który stylistycznie nawiązuje jeszcze do poprzednich dokonań artysty. To samo dotyczy kompozycji „My Lord My Love”, którą posiadacze specjalnej edycji albumu The Crying Light mogą pamiętać z bonusów. Oba utwory naznaczone są jak zwykle dużą dozą empatii i szczerością przekazu płynącą z głosu Antony’ego. „You Are The Treasure / You Are The Dream / You Are The One I’ve Been Waiting For”.

Niespełna dwudziestominutową EPkę kończą dwa covery, najpierw przenosimy się do roku 1980, na album Saved – Boba Dylana. Druga kompozycja to klasyk „Imagine” – Johna Lennona. Już za sam odważny wybór należą się słowa uznania, natomiast kwestia interpretacji zawsze jest naznaczona subiektywizmem. Dla mnie utrzymany w gospelowym stylu „Pressing On” został potraktowany w sposób dość przewidywalny, a na dużo większą uwagę zasługuje kompozycja Lennona, której nowego wyrazu nadał zaproszony do współpracy William Basinski. Na nowym albumie lista gości powiększy się jeszcze o Björk, która współpracowała już wcześniej z Hegartym przy okazji Volty.

Uzupełnienie mini albumu stanowi jeszcze przejmujący, czarno-biały teledysk do utworu tytułowego i właśnie to jest dla mnie wyznacznikiem tej EPki oraz emocji, które jak sądzę zostaną przeniesione na Swanlights. Mam nadzieję, że tak się stanie i czekam z niecierpliwością…

Ocena: 7

Warto Posłuchać ↓ (więcej…)

Lou Rhodes – One Good Thing

Przez dziesięć lat współtworzyła wywodzący się z Manchesteru duet o trip hopowych korzeniach – Lamb. Kiedy artystyczne wizje Jej i Andy Barlowa zaczęły się rozmywać, nagrała pierwszą solową płytę. Dziś trafił w moje ręce trzeci krążek artystki, zatytułowany: One Good Thing. Już po kilku pierwszych dźwiękach wiedziałem, że warto temu albumowi poświęcić znacznie więcej czasu niż jednorazowy odsłuch. Termin najlepiej oddający wyjątkowość zawartości muzycznej to – intymność. Zbudowana na bazie emocji zawartych w głosie Lou, poszerzonej akustycznej przestrzeni i delikatności.

Jest jeszcze jeden element składający się na urokliwy klimat tej muzyki, jest to warstwa tekstowa – różnorodna ale spójna zarazem. Ten dysonans tłumaczą już pierwsze wersy tytułowego „One Good Thing”, w którym autorka zestawia wszechobecny, moralny upadek współczesnego świata z nadzieją tkwiącą w sile ludzkich decyzji. Wyśpiewane „And all it takes is / One good thing to happen / Yeah all it takes is / One good thing” sprawia, że przez moment zatrzymuje się czas i wszystko traci na znaczeniu. Kilka chwil później czas zwalnia jeszcze bardziej i kołyszą nas dźwięki urokliwej ballady „There For The Taking”. Lou próbuje w tym jak i innych utworach uświadomić nam, że czasem wystarczy jedynie zatrzymać się i obejrzeć za siebie aby dostrzec to czego bezskutecznie szukamy na co dzień. Nie sposób odmówić jej szczerości, kiedy kolejne intymne wyznania niemal zupełnie odsłaniające duszę korespondują z namacalnym brzmieniem strun, tak bardzo żywym, że z łatwością wyobrażamy sobie ruch dłoni po gryfie i czujemy każde najmniejsze obecne tu zawahanie. Ta niepewność jest z całą pewnością zamierzona i wyjątkowo trafnie wyeksponowana, bo gdy słyszę: „You can just close your eyes to it all / Curl up and die to it all” – to wierze każdemu słowu, a gdy pojawia się: ”You could open your eyes to it all / Just for the high of it all” – to ufam bezgranicznie i odnajduję część siebie wśród tych kilkunastu chwil spędzonych z albumem.

Najsmutniejszym lirycznie momentem na płycie jest okraszona partią smyczków, kompozycja „Janey”, poświęcona zmarłej przed dwoma laty siostrze artystki. Lou wielokrotnie po tych tragicznych wydarzeniach wspominała jak bardzo muzyka i literatura pomogły jej zachować sens życia. Jedną z „pomocnych dłoni” okazała się książka Jona Krakauera, zatytułowana „Into The Wild”, w której młody mężczyzna poszukuje sensu dalszej egzystencji w świadomie wybranej samotności. Tekst „Janey” jest jakby zestawieniem historii życia obu postaci, wyczuwalne jest tu poszukiwanie wspólnych mianowników – „And so I find myself / Between their two extremes / Amidst the wreck / Of all these broken dreams”.

Każda z zawartych na krążku kompozycji stanowi swego rodzaju wiersz, który wzbogaca całość o odrębne przemyślenia dotyczące np. przeszłości i przyszłości („Magic Day”), tęsknoty za wyidealizowaną miłością („The Ocean”) czy przywołuje wspomnienia chwil skrajnej samotności („Melancholy Me”). Wszystkie wyznania artystki zyskują na wyrazie dzięki zatopieniu w akustycznej przestrzeni gitary, ozdobionej tylko nielicznie smyczkami czy perkusyjnymi przeszkadzajkami jak choćby w „Circles”. Po wysłuchaniu płyty pozostaje wrażenie pewnego zwątpienia, niespełnienia czy wątpliwości, którą to w sposób wyraźny Lou kończy swoje dzieło pytając: „Why, why, why, why / Why wait for heaven ’til we die”.

Podsumowując One Good Thing trudno wypracować jednoznaczną opinie. Jest to płyta, której nie można zaetykietować, nie jestem również w stanie podejść do niej choćby z odrobiną obiektywizmu. Osobisty charakter muzyki i tekstów płynących z głośników udziela się i przenika na wszelkie moje odczucia. Wyjątkowość barwy głosu wyostrza kompozycje i wprawia w zadumę…

Ocena: 10

Warto Posłuchać ↓

(więcej…)

Published in: on 30 Sierpień 2010 at 22:53  Komentarze (2)  
Tags: , , , , ,

Current 93 – Baalstorm, Sing Omega

Nie wiem czy można wyobrazić sobie doskonalsze, niemonotonne i naszpikowane wieloletnim doświadczeniem oblicze akustycznych, przestrzennych brzmień – niż te, które zaserwował nam David Tibet na Baalstorm, Sing Omega. W zestawieniu z poprzednimi wydawnictwami markowanymi – Current 93, nastąpił zwrot stylistyczny, będący powrotem do korzeni sięgających nawet lat osiemdziesiątych. Być może wyciszona forma przekazu wynika z inspiracji religią i filozofią, do której odnosi się już sam tytuł wydawnictwa. Pierwotnie miał on brzmieć jedynie „Sing Omega!” – cytat z kazania Shenoute (AD 348-466) opata egipskich mnichów, w którym Bóg neguje zamiłowanie do pieniądza i szerzącej się bezbożności. Jak mówi sam autor muzyki, jest ona efektem nagromadzonych w nim burz, o czym z całą pewnością świadczy pierwszy człon tytułu, a nie sama zawartość dźwiękowa bo ta przypomina raczej kołyszące się korony drzew po nawałnicy.

Na całej długości albumu, wokal wysunięty jest na pierwszy plan, jest obłędny, hipnotyzujący ale nie osadzony w szaleńczym tempie a raczej szeptany, przejmujący do głębi. W momentach kiedy David pozwala wybrzmiewać muzyce samotnie, mamy wrażenie, że to ona jest kontynuacją wcześniejszej melorecytacji tak jak w pierwszej kompozycji „I Dreamt I Was Aeon”, a nie odwrotnie. Choć dzieła Current 93 nigdy nie należały do łatwych w odbiorze tu wyjątkowo przemawia swoboda kompozycyjna, która pozwala zachwycić się muzyką praktycznie po pierwszym odsłuchu. Do tego dodajmy jeszcze swobodę a wręcz swoista ironię w warstwie tekstowej, którą dopełniają dziecięce, lub też wzorowane na dziecięce pogłosy wydobywające się z lewego bądź prawego kanału, obecne w każdej z kompozycji. W porównaniu do ubiegłych dokonań Anglików, mniej jest tu także akcentów hałaśliwych, może z wyjątkiem agresywniejszego „Baalstorm! Baalstorm!” gdzie w końcówce przybierające na sile i tempie klawisze wzbogacono o jednolity szum w tle. Podobny zabieg słyszymy w ukrytej na 9 ścieżce kompozycji wieńczącej dzieło, tu hałas wdziera się poprzez śpiewane! (nie recytowane) wersy i zwycięża go aby urwać się nagle i niespodziewanie. Całość dokładnie tak jak okładka autorstwa samego Tibeta, powoduje w słuchaczu chęć dotarcia do źródeł tych nieco smutnych, onirycznych inspiracji.

Za mix i mastering w dużej mierze odpowiedzialny jest Andrew Liles, za pięknie brzmiące organy hammonda Baby Dee, a gitary to zasługa Jamesa Blackshawa. Po kilkukrotnym przesłuchaniu krążka dostrzec można podobieństwa do Sleep Has His House czy nawet Of Ruine Or Some Blazing Starre, jednak zastosowano tu nieco inną, bardziej surową formę wyrazu. Baalstorm, Sing Omega powstawał na przestrzeni sierpnia 2009 – marca 2010 w Anglii i Włoszech, a premierę na 28 maja zaplanowano pod kątem zbliżających się koncertów jubileuszowych z okazji 25-lecia istnienia projektu. Wydawnictwo dostępne jest w formie opakowanego w digipak CD oraz czerwonych i niebieskich płyt analogowych. Warto także zapoznać się ze ściśle limitowanym do 666 vinyli i 999 CD, materiałem stanowiącym dodatek do albumu macierzystego. Na krążku znalazły się dwie kompozycje a całość nosi nazwę – Haunted Waves, Moving Graves.

Ocena: 8,5

Warto Posłuchać ↓ (więcej…)

Four Tet – There Is Love In You

Kilka pierwszych dźwięków wystarcza aby w pełni nasiąknąć „laptopową” (w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa) elektroniką płynącą z głośników, po umieszczeniu w odtwarzaczu ostatniego albumu Kierana Hebdena. Zamykając oczy można niemalże zatonąć w przestrzeni pozytywnie-sympatycznych bitów i sampli wokalnych na poziomie, którego nie słyszałem od czasu „xtal” Ahex Twina. Umiejętnie zestawione kobiece głosy, unoszone delikatnością zastosowanych przez Brytyjczyka brzmień, wciskają się w uszy i pozostają tam na długo po tym jak kończy się nasza przygoda z trzema kwadransami albumu There Is Love In You.

Poprzednia pełno wymiarowa płyta pod szyldem Four Tet ukazała się aż pięć lat temu, przez ten czas autor porzucił gdzieś post-rockowe klimaty i wpływy hip-hopowe, aby całkowicie poświęcić się ucieczce w elektronikę. Nie przyjmowałbym tego za jakąkolwiek wytyczną na przyszłość, jedynym pewnikiem wynikającym z dotychczasowych muzycznych poczynań Kierana jest skłonność do eksperymentów i szukania pobocznych, nietuzinkowych ścieżek rozwoju. Nie ma więc mowy o jakimkolwiek szufladkowaniu a przecież Four Tet to tylko jedna z wielu dróg, którymi od dawna podąża Brytyjczyk. W przeciągu wspomnianych pięciu lat zaliczył bardzo udaną współpracę z wyjątkową osobistością świata jazzu – Steve’em Reidem. Wspólnie nagrali już cztery albumy, przedostatni Tongue w unikatowy, nowatorski sposób łączy doświadczenie i perkusyjne zacięcie mistrza z elektronicznymi wariacjami Hebdena. Panowie zbudowali solidny pomost pomiędzy odległymi gatunkami muzyki, a dalsza rozwijająca się współpraca przypieczętowana krążkiem formacji Steve Reid Ensemble – Daxaar, wyznacza horyzonty światowego nujezzu. Ponadto sympatycy eksperymentatora z Londynu otrzymali w 2007 roku album formacji Fridge (w skład grupy wchodzą koledzy Hebdena ze szkolnej ławy, których łączy fanowska sympatia do rockowych idoli z lat młodości), a w 2009 kolaborację z Burial w postaci Ep-ki Moth / Wolf Cub. Wszystkiego czego dotyka Brytyjczyk naznaczone jest naturalnością i swobodą, która ogarnia słuchacza natychmiastowo po wybrzmieniu pierwszych taktów utworu. W charakterystyczny dla siebie sposób oddziela rytm od melodii, nadając większej wagi temu pierwszemu. Odczuwamy tę prawidłowość w różnym stopniu, zależnie od autorskiego udziału w danym projekcie. W przypadku There Is Love In You – samodzielnym przedsięwzięciu, od początku do końca rytm prowadzi nas za rękę i nie pozwala zgubić się w gąszczu kuszących wokaliz, ani też ulegnąć rozpływającym się linią melodycznym.

Promocja krążka tuż po styczniowej premierze to chyba najlepszy moment na pierwszy zastrzyk wiosny w postaci ciepłej elektroniki. Chyba żaden inny bodziec nie wydobył mnie z zimowego letargu tak skutecznie jak nowe dzieło Four Tet. Porównywalnie podziałał na mnie debiut Loco Star w Kayaxie, blisko dwa lata temu. Pojawiające się pod adresem muzyka zarzuty, jakoby raczył słuchaczy jedynie prymitywnymi rytmami, absolutnie do mnie nie trafia, bo w tym przypadku ten prosty rytm jest kluczem do odkrycia muzycznego temperamentu Kierana Hebdena.

Ocena: 9

Warto Posłuchać ↓

(więcej…)

Autechre – Oversteps

Pierwsze trzy minuty albumu to najbardziej mistyczne intro jakie kiedykolwiek pojawiło się na płytach brytyjskiego duetu. Otrzymujemy głębię niepokojącej przestrzeni, tak bardzo niejednorodną, że w zasadzie możemy podpiąć pod nią każdą jedną myśl. Wielowymiarowość interpretacji zapewniaw moim odczuciu właśnie owy niepokój, który przelewa się na wszystkie następne kompozycje i choć czasem zostaje przyćmiony przez pierwszoplanowe łamane bity tak jak w utworze „ilanders”, to jednak jest wyraźnie obecny w tle i nie daje o sobie zapomnieć. Jeden z pierwszych najbardziej charakterystycznych punktów tego krążka to kompozycja trzecia, w której tło wyjątkowo realistycznie współgra z pierwszym planem i wokalnymi samplami, które przepływają pomiędzy głośnikami nadając całości przestronnego wymiaru. Możemy niemal namacalnie zatopić się w tych dźwiękowych przestrzeniach i odrzucając odruch spoglądania na wyświetlacz odtwarzacza łatwo zatracić poczucie zmieniających się tracków, gdyż całość została bardzo zgrabnie połączona. Zabieg ten zasługuje na wyróżnienie, tym bardziej, że w warstwie muzycznej dzieje się bardzo wiele i klimat jest zdecydowanie różnorodny. W „pt2ph8” muzycy serwują nam wyciszenie i uczucie wyizolowania, które budzi skojarzenie z obecną na pierwszej płycie Bass Communion, kompozycją „Sleep Etc”. Następnie łagodny, nieco aphex’owy „qplay” przygotowuje grunt pod drapieżny i szorstki w wyrazie „see on see”. Destrukcyjne podejście do linii melodycznej i metalurgiczne brzmienie nadal podszyte są sporą dawką niepewności i choć jest to jedna z najkrótszych kompozycji obecnych na Oversteps, spełnia rolę swoistego przystanku w naszej muzycznej podróży.

Nie zatrzymując się jednak, rozpoczynamy nowy, ponownie łagodny etap wędrówki. Odnosimy wrażenie oderwania od czasu rzeczywistego i wyczekujemy zmian, które już po kilku minutach zaskakują szybkim tempem i charakterystycznym opartym na wysokich tonach pulsem melodii. Docieramy w końcu do mojego ulubionego momentu tej płyty. „O=0” objawia się hałaśliwym tłem i wyobcowaniem rytmu, obecna podczas tych sześciu minut melodia jest spychana i zagłuszana przez zabrudzone masy dźwięku, które tak przepięknie oddają klimat walki, rywalizacji i dominacji. Utwór wręcz przeładowany emocjonalnym ładunkiem, skrywa w sobie ogromne bogactwo inspiracji, z których można czerpać garściami (dosłownie!).

Wsłuchując się w kolejne minuty najnowszego dzieła  Bootha i Browna, nie można uniknąć porównań do wcześniejszego okresu ich twórczości. Mamy tu bowiem nawiązania zarówno do dwóch poprzednich krążków, a więc skomplikowane, matematyczne eksperymenty choć nie tak bardzo radykalne jak choćby na Untilted, ale mamy także, a właściwie przede wszystkim melodie i dużą dawkę łagodnych ambientowych pasaży. Szale wagi są doskonale zrównoważone, czego sztandarowym przykładem może być utwór „st epreo” – budująca napięcie, powoli rozkręcająca się linia zatopionego gdzieś w głębi fortepianu przeciwstawiona jest poprzecznym dysharmoniom, tak bardzo już charakterystycznym dla Ae. Dźwięki naznaczone niepokojem poddane zostały tak skutecznemu procesowi oswajania, iż wsłuchując się w „krYlon” byłem niemalże przekonany, że jest to kompozycja kończąca album i jak bardzo się pomyliłem słysząc przepiękny, dziesięciominutowy „yuop”.

Oversteps urzekło mnie właściwie od pierwszego przesłuchania i nie wiem czy jest to zasługą celowego brzmieniowego powrotu do lat wcześniejszych, czy może zaszczepienia w te czternaście niezwykłych kompozycji dawki łatwo przyswajalnych emocji. Bez względu na powód płyta od kilku dni nie opuszcza odtwarzacza i pewnie nieprędko ulegnie to zmianie.

Ocena: 8,5

Warto Posłuchać ↓

(więcej…)
Published in: on 22 Marzec 2010 at 21:32  Komentarze (4)  
Tags: , , , ,
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.